Brian Aldiss        Non Stop

    . 10 .    

Roy Complain ziewn�� znudzony i le��c na pod�odze celi po raz dwudziesty zmieni� pozycj�. Bob Fermour siedzia� plecami do �ciany i nieustannie obraca� ci�ki pier�cie� na palcu prawej r�ki. Nie mieli sobie nic do powiedzenia, zreszt� nie by�o o czym m�wi� ani o czym my�le�. Prawie z ulg� powitali pojawienie si� odra�aj�cego stra�nika o twarzy mopsa, kt�ry wetkn�� g�ow� przez drzwi i przywo�a� Complaina za pomoc� starannie dobranych zniewag.

   - Spotkamy si� w Podr�y - powiedzia� pocieszaj�co Fermour, gdy Complain wstawa�. Ccmplain kiwn�� mu r�k� i pod��y� za stra�nikiem, czuj�c, �e serce bije mu coraz szybciej. Prowadzono go nie do pokoju, w kt�rym przes�uchiwa�a go inspektor Vyann, lecz drog�, kt�r� poprzednio przyszli, do pomieszczenia po�o�onego blisko barykady na Pok�adzie 24. Odra�aj�cy stra�nik zamkn�� za nim drzwi, sam pozostaj�c na zewn�trz.

   Complain by� sam na sam z mistrzem Scoytem. Pod wp�ywem narastaj�cych trudno�ci zagadkowy oficer �ledczy wygl�da� jeszcze starzej ni� zwykle. D�ugimi palcami podtrzymywa� policzki, jakby go bola�y; nie by�y to palce budz�ce ufno��, raczej przywodzi�y na my�l wyszukane okrucie�stwo, chocia� teraz, na tle zm�czonej twarzy, kojarzy�y si� z samoudr�czeniem.

   - Przestrzeni dla ciebie - rzek� z trudem. - Przestrzeni - odpowiedzia� Complain. Wiedzia�, �e teraz zostanie poddany jakiej� pr�bie, ale w tej chwili jego uwag� zaprz�ta� g��wnie fakt nieobecno�ci dziewczyny.

   - Mam zamiar zada� ci kilka pyta� - powiedzia� Scoyt. - Z wielu powod�w by�oby wskazane, aby� da� na nie w�a�ciw� odpowied�. Po pierwsze, gdzie si� urodzi�e�?

   - W Kabinach.

   - Tak nazywacie wasze osiedle? Czy masz braci lub siostry?

   - W Kabinach przestrzegamy Nauki - rzek� wyzywaj�co Complain. - Nie rozpoznajemy naszych braci i si�str od chwili, gdy doro�niemy naszym matkom do pasa.

   - Do diab�a z Na... - Scoyt przerwa� gwa�townie, wyg�adzaj�c czo�o jak kto�, kto panuje nad sob� z najwy�szym trudem. Nie podnosz�c g�owy ci�gn�� zm�czonym g�osem. - Ilu braci i ile si�str rozpozna�by� teraz, gdyby� musia�?

   - Tylko trzy siostry. - �adnych braci?

   - By� jeden. Dawno temu zwariowa�.

   - Jakie masz dowody na to, �e urodzi�e� si� w Kabinach?

   - Dowody... - powt�rzy� Complain. - Je�eli koniecznie chcesz mie� dowody, id� i schwytaj moj� matk�. Ona �yje i z przyjemno�ci� ci wszystko opowie.

   Scoyt wsta�.

   - Zrozum jedno - rzek�. - Nie mam czasu czeka�, a� mi �askawie raczysz odpowiedzie�. Wszyscy na statku s� obecnie w cholernie trudnej sytuacji. Widzisz, to jest statek, kt�ry zd��a nie wiadomo dok�d. Stary grat, kt�ry zaczyna ju� trzeszcze�, pe�en zjaw, tajemnic, zagadek i b�lu. I pewien biedny skurwysyn musi z tym wszystkim doj�� do �adu, zanim b�dzie za p�no - o ile ju� nie jest za p�no. - Przerwa�. Zdradzi� si�, �e to on jest tym nieszcz�snym skurwysynem, kt�ry ca�y ci�ar odpowiedzialno�ci d�wiga na w�asnych barkach. Nieco ju� spokojnie podj��:

   - Powinna wreszcie dotrze� do ciebie prosta prawda, �e nikt z nas nie jest niezast�piony, i je�eli nie oka�esz si� przydatny, to odejdziesz w D�ug� Podr�.

   - Bardzo mi przykro - rzek� Complain by�bym mo�e bardziej sk�onny do wsp�pracy, gdybym wiedzia�, po kt�rej jestem stronie.

   - Jeste� po w�asnej stronie. Czy Nauka ci� tego nie nauczy�a? „Poznaj siebie, a poznasz ludzko��". We w�asnym interesie odpowiadaj na moje pytania.

   Przed chwil� Complain by� sk�onny ust�pi� bez wahania, ale obecnie, czuj�c si� pewniej, zada� jeszcze jedno pytanie:

   - Czy Henry Marapper odpowiedzia� na wszystkie twoje pytania?

   - Kap�an oszuka� nas, wi�c musia� uda� si� w Podr� - powiedzia� Scoyt. - Jest to zwyk�a kara dla tych, kt�rzy wystawiaj� na zbyt wielk� pr�b� moj� cierpliwo��.

   Gdy pierwsze oszo�omienie wywo�ane t� wiadomo�ci� min�o, Complain zacz�� si� zastanawia�, czy to w og�le mo�e by� prawda. Nie w�tpi� w bezwzgl�dno�� Scoyta - cz�owiek, kt�ry zabija dla sprawy, czyni to bez zastanowienia - niemniej jednak nie m�g� sobie wyobrazi�, �e nie zobaczy ju� wi�cej gadatliwego kap�ana. Zaj�ty tymi my�lami, odpowiada� na pytania Scoyta. Dotyczy�y one g��wnie ich w�dr�wki przez Bezdro�a i gdy Complain zacz�� opisywa� okoliczno�ci, w jakich dosta� si� w r�ce Gigant�w, spokojny dot�d oficer �ledczy uderzy� pi�ci� w st�.

   - Giganci nie istniej�! - zawo�a�. - Wygin�li ju� dawno, a my odziedziczyli�my po nich statek.

   Pomimo wyra�nego sceptycyzmu dopytywa� si�, podobnie jak poprzednio Marapper, o szczeg�y i sta�o si� jasne, �e powoli zaczyna wierzy� w opowiadanie Complaina. Zamy�li� si�, nachmurzy� jeszcze bardziej, zacz�� nerwowo stuka� d�ugimi palcami w biurko.

   - O Obcych wiemy, �e s� wrogami rzek� - ale Gigant�w uwa�ali�my zawsze za sprzymierze�c�w, kt�rych kr�lestwo przej�li�my za ich zgod�. Je�eli jednak �yj� gdzie� w Bezdro�ach, to z jakich innych pobudek nie ujawniaj� si�, jak nie z wrogich? Doprawdy mamy ju� i tak dosy� k�opot�w.

   Complain podkre�li�, �e Giganci nie zabili go, chocia� mogli to spokojnie zrobi�, nie zabili tak�e Erna Roffery'ego, chocia� problem, co si� w�a�ciwie sta�o z wyceniaczem, nadal pozostawa� nie rozstrzygni�ty. Tak czy owak, rola Gigant�w by�a co najmniej dwuznaczna.

   - Jestem sk�onny uwierzy� w twoje opowiadanie, Complain - rzek� w ko�cu Scoyt - poniewa� od czasu do czasu dochodz� do nas pog�oski, �e ludzie widuj� Gigant�w. Pog�oski! Pog�oski! Nic konkretnego. W ko�cu Giganci nie stanowi� chyba gro�by dla Dziobu, a najwa�niejsze, �e nie s� w przymierzu z Obcymi. Gdyby�my mogli zaj�� si� ka�dym z nich osobno, to by ju� by�o co�...

   Umilk�, a po chwili zapyta�:

   - Jak daleko jest do tego miejsca, gdzie z�apali ci� Giganci?

   - Wiele pok�ad�w st�d, chyba czterdzie�ci. Mistrz Scoyt uni�s� z niesmakiem r�ce.

   - Za daleko - powiedzia�. - My�la�em, �e si� tam wybierzemy... ale Dziobowcy nie lubi� glon�w.

   Drzwi otworzy�y si� gwa�townie i stan�� w nich zdyszany stra�nik.

   - Mistrzu Scoyt, atak na zapor�! - zawo�a� bez �adnych wst�p�w. - Niech pan tam zaraz idzie, jest pan potrzebny!

   Scoyt wsta� natychmiast. Twarz mia� zaci�t�. W po�owie drogi do drzwi zatrzyma� si� i zwr�ci� do Complaina:

   - Zosta� tu - rzek� rozkazuj�co - wr�c�, jak tylko b�d� m�g�!

   Drzwi zatrzasn�y si�, Complain by� sam. Nie mog�c w to wprost uwierzy�, rozejrza� si� woko�o. Na drugim ko�cu pokoju za siedzeniem Scoyta znajdowa�y si� drugie drzwi. Ostro�nie podszed� do nich i nacisn�� klamk�. Drzwi otworzy�y si�, za nimi by� nast�pny pok�j, w�a�ciwie ma�y przedsionek, a w jego przeciwleg�ej �cianie nast�pne drzwi. Ozdob� przedpokoju by�a tylko podniszczona p�yta z po�amanymi instrumentami na �cianie i cztery tobo�ki na pod�odze. Complain rozpozna� w nich od razu w�asno�� swoj�, Marappera, Wantage'a i Boba Fermoura. Niczego chyba w ich mizernym maj�tku nie brakowa�o, chocia� zna� by�o wyra�nie �lady rewizji. Cornplain spojrza� na to przelotnie, po czym przeszed� przez pok�j i otworzy� drzwi.

   Prowadzi�y do bocznego korytarza. Z jednej strony s�ycha� by�o liczne g�osy, z drugiej, w odleg�o�ci zaledwie kilku krok�w, zaczyna�y si� glony. Droga do nich nie by�a strze�ona. Z bij�cym sercem Cornplain zamkn�� drzwi i opar� si� o nie plecami. Pr�bowa� ucieczki czy nie?

   Marapper zosta� zabity i nie by�o �adnego powodu s�dzi�, �e i z nim si� w podobnie bezwzgl�dny spos�b nie rozprawi�. By�oby rozs�dnie odej��, ale dok�d? Kabiny le�� zbyt daleko, aby cz�owiek m�g� do nich dotrze� samotnie, ale pobliskie szczepy chyba ch�tnie przyjm� my�liwego. Complain przypomnia� sabie, �e Vyann wzi�a ich grup� za cz�onk�w jakiego� szczepu, kt�ry urz�dza napady na Dzi�b. Zaj�ty samym faktem ich wpadki nie zwraca� pocz�tkowo wi�kszej uwagi na jej s�owa, teraz jednak pomy�la�, �e m�g� to by� ten sam szczep, kt�ry w tej chwili atakowa� zapor�. Pawinni ch�tnie przyj�� my�liwego znaj�cego nieco Dziobowc�w.

   Zarzuci� sw�j tobo�ek na rami�, otworzy� drzwi, popatrzy� w lewo i w prawo i pobieg� w stron� g�stwiny.

   Wszystkie drzwi w korytarzu byty zamkni�te, z wyj�tkiem jednych. Complain mijaj�c je instynktownie zajrza� do �rodka i stan�� jak wryty.

   Wewn�trz, na pos�aniu, spokojnie jak we �nie, spoczywa�o cia�o. Le�a�o w pozie niedba�ej, ze skrzy�owanymi nogami, a zaszargany zwini�ty p�aszcz s�u�y� za podg��wek; twarz, pe�nia melancholii, przypomina�a przekarmionego buldoga.

   - Henry Marapper! - zawo�a� Complain nie mog�c oderwa� oczu od znajomego profilu. W�osy i skro� kap�ana umazane by�y krwi�. Complain pochyli� si� i delikatnie dotkn�� r�ki duchownego. By�a zimna jak l�d.

   W tym samym momencie powr�ci�a atmosfera Kabin. Nauka dzia�a�a automatycznie jak odruch warunkowy. Bez wahania wykona� pierwszy gest rozpaczy, odprawiaj�c rytua� strachu. „Strach nie mo�e dotrze� do pod�wiadomo�ci", g�osi�a Nauka, musi zosta� natychmiast wydalony za pomoc� serii rytualnych zabieg�w wyra�aj�cych przera�enie. W�r�d uk�on�w, j�k�w i wyraz�w ho�du Complain zapomnia� o zamiarze ucieczki.

   - Obawiam si�, �e musimy przerwa� to wspania�e przedstawienie - odezwa� si� za jego plecami ch�odny kobiecy g�os. Complain zaskoczony wyprostowa� si� i obejrza�. Za nim, z wymierzonym w niego paralizatorem, sta�a Vyann w towarzystwie dw�ch stra�nik�w. Jej wargi by�y pi�kne, ale u�miech nie wr�y� nic dobrego.

   Tak sko�czy�a si� pr�ba Complaina.

   Teraz przysz�a kolej na Fermoura, kt�rego tak�e wprowadzono do pokoju na Pok�adzie 24. I tym razem siedzia� tu mistrz Scoyt, tylko by� nieco bardziej szorstki. Zacz��, jak z Complainem, od pytania, gdzie si� Fermour urodzi�.

   - Gdzie� w g�stwinie - rzek� powoli, jak zwykle, Fermour. - Nigdy w�a�ciwie dobrze nie wiedzia�em gdzie.

   - Dlaczego nie urodzi�e� si� w szczepie?

   - Moi rodzice byli uciekinierami. By� to ma�y szczep z Korytarza �rodkowego, mniejszy ni� Kabiny.

   - Kiedy przy��czy�e� si� do szczepu Greene?

   - Po �mierci rodzic�w - rzek� Fermour. Mieli gnilca. W tym czasie by�em ju� ca�kiem doros�y.

   Usta Scoyta, zwykle chmurne, zmieni�y si� teraz w w�sk� szpar�. Pojawi�a si� pa�ka gumowa, kt�r� Scoyt przerzuca� z r�ki do r�ki. Zacz�� przechadza� si� przed Fermourem, nie spuszczaj�c go z oczu.

   - Czy mo�esz przedstawi� jaki� dow�d na potwierdzenie tego wszystkiego, co mi m�wi�e�?

   Fermour by� blady i napi�ty, nieustannie obraca� ci�ki pier�cie� wok� palca.

   - Jaki dow�d? - spyta�. Usta mia� zupe�nie suche.

   - Jakikolwiek. Na okoliczno�� twojego pochodzenia, co�, co mo�na by sprawdzi�. Nie jeste�my �adn� ho�ot� z Bezdro�y, Fermour. Je�eli pochodzisz z g�stwiny, to chcemy wiedzie�, kim lub czym jeste�... No wi�c?

   - Kap�an Marapper mo�e po�wiadczy�, kim jestem.

   - Marapper nie �yje. Poza tym mnie chodzi o kogo�, kto ci� zna� jako dziecko, mo�e to by� ktokolwiek - odwr�ci� si� tak, �e stali teraz twarz� w twarz. - Kr�tko m�wi�c, Fermour, potrzebujemy czego�, czego ty, jak si� wydaje, nie mo�esz nam dostarczy� - dowodu, �e jeste� cz�owiekiem.

   - Jestem bardziej cz�owiekiem ni� ty, ty ma�y... - m�wi�c to Fermour uni�s� pi�� i skoczy�.

   Scoyt cofn�� si� zr�cznie i silnie uderzy� pa�k� Fermoura w przegub d�oni. Osadzony na miejscu Fermour, czuj�c, �e rami� mu dr�twieje, uspokoi� si� i tylko na twarzy pozosta� mu wyraz z�o�ci.

   - Masz zbyt wolny refleks - rzek� surowo Scoyt. - Powiniene� by� mnie zaskoczy�.

   - W Kabinach zawsze m�wiono, �e jestem bardzo powolny - wymamrota� Fermour �ciskaj�c kurczowo r�kaw.

   - Jak d�ugo przebywa�e� ze szczepem Greene? - rozkazuj�cym tonem spyta� Scoyt. Ponownie podszed� blisko do Fermoura, ko�ysz�c ca�y czas pa�k�, jakby chcia� go znowu uderzy�.

   - Och, ja ju� straci�em poczucie czasu. Chyba dwa razy po sto tuzin�w sen-jaw!

   - Tu na Dziobie nie u�ywamy waszego prymitywnego sposobu mierzenia czasu, Fermour. Cztery sen-jawy nazywamy dniem. Oznacza�oby to, �e przebywa�e� ze szczepem... sze��set dni. To d�ugi okres w �yciu m�czyzny.

   Sta� patrz�c na Fermoura, jakby na co� czeka�. Drzwi otworzy�y si� gwa�townie i na progu ukaza� si� zdyszany stra�nik.

   - Mistrzu Scoyt, atak na zapor�! - zawo�a�. - Prosz�, niech pan tam natychmiast idzie, jest pan potrzebny!

   W drodze do drzwi Scoyt zatrzyma� si� i z zawzi�t� twarz� zwr�ci� si� do Fermoura.

   - Zosta� tutaj - rozkaza�. - Wr�c�, jak tylko b�d� m�g�.

   W pokoju obok Complain odwr�ci� si� spokojnie do Vyann. Jej paralizator znikn�� w futerale przy pasie.

   - A wi�c ta historyjka o napadzie na zapor� to tylko trik, aby wywo�a� mistrza Scoyta z pokoju, tak? - zapyta�.

   - Tak, to prawda - powiedzia�a spokojnie. - Zobacz, co Fermour robi w tej chwili.

   Przez d�ug� chwil� Complain sta� patrz�c jej w oczy, kt�re dzia�a�y na niego jak magnes. By� blisko niej, byli sami w pokoju, kt�ry ona nazywa�a obserwacyjnym, a kt�ry znajdowa� si� obok pomieszczenia, gdzie przebywa� Fermour teraz, a on sam nieco wcze�niej. Po chwili wzi�� si� w gar�� i w obawie, �e twarz zdradzi jego uczucia, odwr�ci� si� i spojrza� znowu przez judasza znajduj�cego si� w �cianie.

   Uczyni� to w sam� por�, aby dojrze�, jak Fermour �apie ma�y sto�ek, kt�ry sta� przy �cianie, wyci�ga go na �rodek pokoju, wchodzi na niego i si�ga r�k� w kierunku kratki, kt�ra, jak w ka�dym pomieszczeniu, znajdowa�a si� w suficie. Jego palce zacisn�y si� bezradnie kilka cali od kratki. Stan�� na palcach, potem podskoczy�, ale po kilku nieudanych pr�bach zrezygnowa� i zacz�� rozpaczliwie rozgl�da� si� po pokoju. Zobaczy� drzwi, za kt�rymi znajdowa� si� jego tobo�ek. Natychmiast kopn�� sto�ek, pobieg� w kierunku drzwi i za chwil� znikn�� z pola widzenia Complaina.

   - Uciek� tak jak ja - rzek� odwracaj�c si� Complain i ponownie spojrza� odwa�nie w szare oczy dziewczyny.

   - Moi ludzie z�api� go, zanim osi�gnie glony - powiedzia�a niedbale Vyann. - Nie w�tpi�, �e tw�j przyjaciel Fermour jest Obcym, a za par� minut b�dziemy ju� mieli co do tego pewno��.

   - Bob Fermour? To niemo�liwe.

   - P�niej o tym pogadamy - powiedzia�a. - Na razie jeste� wolny, Roy Complain, o tyle, o ile ka�dy z nas jest wolny. Poniewa� masz wiedz� i do�wiadczenie, ufam, �e pomo�esz nam rozwi�za� niekt�re problemy.

   By�a o wiele pi�kniejsza od Gwenny, ale zarazem budzi�a l�k.

   - Pomog� ci, w czym tylko b�d� m�g� rzek� Complain g�osem zdradzaj�cym podniecenie.

   - Mistrz Scoyt b�dzie wdzi�czny - powiedzia�a dziwnie ostro Vyann odsuwaj�c si� od niego. Sprowadzi�o go to na ziemi� i r�wnie ostro zapyta�, dlaczego wszyscy tak si� boj� Obcych. W szczepie Greene obawiano si� ich tak�e, ale tylko dlatego, �e byli inni, niepodobni do zwyk�ych ludzi.

   - Czy to nie dosy�? - zapyta�a. Nast�pnie z o�ywieniem zacz�a m�wi� o pot�dze Obcych. Kilku zosta�o ju� zdemaskowanych za pomoc� r�nych metod mistrza Scoyta, ale z wyj�tkiem jednego, wszyscy uciekli. Wtr�cano ich do celi ze zwi�zanymi nogami i r�kami, czasem nawet nieprzytomnych, a oni znikali. Je�li w celi przebywali z nimi stra�nicy, to znajdowano ich nieprzytomnych bez �adnych �lad�w na ciele.

   - A ten Obcy, kt�ry nie uciek�? - zapyta� Complain.

   - Zmar� w czasie tortur. Niczego nie uda�o si� z niego wydosta�, poza tym, �e przyby� z glon�w.

   Wyprowadzi�a go z pokoju. Zarzuci� tobo�ek na plecy i znu�ony szed� obok niej, spogl�daj�c od czasu do czasu na jej profil, jasny i wyra�ny jak promie� �wiat�a. Nie by�a ju� tak mi�a jak przedtem, mia�a chyba zmienne nastroje, postanowi� wi�c by� dla niej twardszy i stasowa� star� metod� post�powania z kobietami, przyj�t� w Kabinach. C�, kiedy Kabiny by�y zacofane, op�nione o co najmniej tysi�c sen-jaw...

   Na Pok�adzie 21 Vyann zatrzyma�a si�.

   - Tu jest dla ciebie pok�j - powiedzia�a. M�j znajduje si� o troje drzwi dalej, a Rogera Scoyta naprzeciw mojego. Jedno z nas zabierze ci� wkr�tce na posi�ek.

   Complain otworzy� drzwi i zajrza� do �rodka. - Nigdy jeszcze nie widzia�em takiego pokoju - powiedzia� z przej�ciem.

   - Mia�e� wszelkie dane po temu, �eby nie widzie�, co? - rzek�a ironicznie, odchodz�c. Complain patrzy� chwil� na oddalaj�c� si� posta�, po czym zdj�� zab�ocone buty i wszed� do pokoju. Jedynym luksusem by� tu zlew z kurkiem, z kt�rego ciek� s�aby strumie� wody, i ��ko przykryte nie li��mi, a jakim� szorstkim materia�em. Najwi�ksze wra�enie zrobi� na nim obraz wisz�cy na �cianie. By�a to jaka� wielobarwna kompozycja, nic konkretnego, a jednak z jakim� sensem. By�o tak�e lustro, w kt�rym Complain zobaczy� inny obraz: przedstawia� on dzikusa, umazanego b�otem, ze zlepionymi mleczem w�osami i w podartym ubraniu.

   Postanowi� energicznie ten obraz zmieni�, zastanawiaj�c si� jednocze�nie nad tym, co pomy�la�a sobie Vyann na widok takiego barbarzy�cy. Wyszorowa� si�, w�o�y� czyst� odzie� wyj�t� z tobo�ka, i wyczerpany rzuci� si� na ��ko. Mimo zm�czenia nie m�g� zasn��. My�li k��bi�y mu si� w g�owie jak szalone.

   Gwenny odesz�a, Roffery te�, Wantage, Marapper, , a teraz Fermour. Wszyscy odeszli. Zosta� sam. Otwiera�y si� przed nim nowe mo�liwo�ci, i to bardzo ciekawe. �al budzi�o wspomnienie dobrodusznej i pe�nej namaszczenia twarzy Marappera. Kiedy rozpami�tywa� to wszystko, do pokoju zajrza� mistrz Scoyt.

   - Chod� je�� - powiedzia� kr�tko.

   Complain szed� obok niego czujnie go obserwuj�c. Pragn�� si� zorientowa�, co tamten o nim s�dzi, ale oficer �ledczy by� zbyt zaj�ty swoimi my�lami, aby zwraca� uwag� na Complaina. W pewnej chwili podni�s� g�ow� i dostrzeg�, �e Complain na niego patrzy.

   - No c�, tw�j przyjaciel Fermour okaza� si� Obcym - rzek�. - Kiedy ucieka� w glony, zobaczy� cia�o waszego kap�ana, ale si� przy nim nie zatrzyma�. Nasi stra�nicy zaczaili si� na niego i z�apali go bez trudu.

   Widz�c zdumiony wzrok Complaina, potrz�sn�� niecierpliwie g�ow�.

   - To nie jest zwyk�y cz�owiek - wyja�ni� - wychowany w zwyk�ej cz�ci statku; w przeciwnym razie zatrzyma�by si� automatycznie i wykona� rytualne przykl�kni�cie przy zw�okach przyjaciela. Ta ceremonia jest g��boko zakorzeniona u ka�dego cz�owieka od urodzenia. W�a�nie twoje post�powanie przekona�o nas ostatecznie o tym, �e jeste� cz�owiekiem.

   Zamilk� i nie odezwa� si�, a� doszli do sali jadalne, nie odpowiadaj�c prawie na powitania licznych m�czyzn i kobiet mijanych po drodze. W jadalni zastali kilku oficer�w.

   Vyann siedzia�a przy osobnym stoliku. Na jej widok Scoyt natychmiast si� rozja�ni�. Podszed� do niej i po�o�y� jej r�k� na ramieniu.

   - Droga Laur - rzek� - jak bardzo od�wie�a tw�j widok, gdy tak na nas czekasz. Musz� napi� si� piwa, trzeba jako� uczci� uj�cie nowego Obcego, kt�ry nam ju� nie zwieje.

   Vyann u�miechn�a si� do niego.

   - Mam nadziej�, �e co� zjesz, Roger - powiedzia�a.

   - Znasz m�j g�upi �o��dek - odpar�, przywo�a� gestem dy�urnego, po czym natychmiast zacz�� opowiada� o szczeg�ach uj�cia Fermoura. Complain, w nie najlepszym nastroju, usiad� obok nich. Nie m�g� pozby� si� zazdro�ci widz�c, jak swobodnie Scoyt rozmawia z Vyann, mimo �e oficer �ledczy by� co najmniej dwa razy od niej starszy. Postawiono przed nimi piwo i zimne, bia�e, ale niezwykle smaczne mi�so. Przyjemnie by�o je��, nie b�d�c otoczonym komarami, kt�re w Bezdro�ach stanowi�y cz�sto niepo��dan� przypraw� ka�dego k�sa, a jednak Complain d�uba� w talerzu z niewiele wi�kszym entuzjazmem ni� Scoyt.

   - Jeste� przygn�biony - zauwa�y�a przerywaj�c Scoytowi Vyann - a przecie� powiniene� si� cieszy�. Tu chyba jest lepiej ni� w zamkni�tej celi z Ferrnourem.

   - Fermour by� przyjacielem - rzek� Complain u�ywaj�c pierwszego wykr�tu, jaki mu przyszed� do g�owy.

   - Ale i Obcym - powiedzia� powa�nie Scoyt. - Mia� wszystkie w�a�ciwe im cechy. By� powolny, do�� t�gi i ma�om�wny... Zaczynam ich rozpoznawa� od pierwszego wejrzenia.

   - Jeste� genialny, Roger - roze�mia�a si� Vyann. - A mo�e zjesz chocia� troch� tej ryby?

   Ciep�ym ruchem po�o�y�a d�o� na jego r�ce. To chyba spowodowa�o wybuch Complaina. Gwa�townie rzuci� widelec.

   - Niech szlag trafi tw�j geniusz! - zawo�a�. - A co z Marapperem! Nie by� Obcym, a jednak go zabi�e�! My�lisz, �e ja to potrafi� zapomnie�? Jak po tym zab�jstwie mo�esz liczy� na moj� pomoc?

   Czekaj�c w napi�ciu na awantur� Complain zauwa�y�, �e kilka os�b podnios�o g�owy znad talerzy i na niego spogl�da. Scoyt otworzy� usta i zaraz je zamkn��, patrz�c na co� za plecami Complaina. Na rami� my�liwego spad�a ci�ka d�o�.

   - Rozpacz po mnie jest nie tylko g�upia, ale i przedwczesna - rzek� znajomy g�os. - Zawsze sam przeciwko ca�emu �wiatu, co, Roy?

   Complain odwr�ci� si� zdumiony. Za nim sta� kap�an zacieraj�c r�ce, na przemian promieniej�c i chmurz�c si�. Complain z niedowierzaniem chwyci� Marappera za rami�.

   - Tak, Roy, to ja, nikt inny. Pod�wiadomo�� opu�ci�a mnie zostawiaj�c tylko uczucie zimna. Mam nadziej�, �e pana plan powi�d� si�, mistrzu Scoyt?

   - Znakomicie, kap�anie - rzek� Scoyt. Prosz�, zjedz troch� tej okropnej potrawy i wyja�nij wszystko swemu przyjacielowi. Mo�e nie b�dzie na nas patrza� z takim gniewem.

   - By�e� trupem! - powiedzia� Complain.

   - To by�a tylko kr�tka Podr� - rzek� Marapper siadaj�c i wyci�gaj�c r�k� po dzbanek. - Czarownik mistrz Scoyt wymy�li� niewygodny dla mnie spos�b, aby podda� pr�bie ciebie i Fermoura. Umaza� mi g�ow� krwi� szczura i u�pi� mnie za pomoc� jakiego� okropnego narkotyku, abym na wasz u�ytek odegra� scen� �mierci.

   - Nieznaczne przedawkowanie wodzianu chloralu - rzek� Scoyt u�miechaj�c si� tajemniczo.

   - Ale ja ciebie dotyka�em, by�e� zimny protestowa� Complain.

   - I nadal jestem - powiedzia� Marapper. To wynik dzia�ania narkotyku. A co to by�o za okropne antidotum, kt�re wstrzykn�li mi pana ludzie?

   - To chyba strychnina - rzek� Scoyt.

   - To by�o bardzo nieprzyjemne. Jestem co najmniej bohaterem, Roy. Zawsze by�em �wi�ty, a teraz jeszcze zosta�em bohaterem. Wykonawcy pana planu byli �askawi da� mi gor�cej kawy, kiedy przyszed�em do siebie. Nigdy nie pi�em czego� r�wnie dobrego w Kabinach... Ale to piwo jest jeszcze lepsze.

   Jego oczy napotka�y nadal pe�ne zdumienia oczy Complaina. Mrugn�� do niego i bekn�� dono�nie.

   - Nie jestem duchem, Roy - powiedzia�. Duchy nie pij�.

   Zanim zako�czyli posi�ek, mistrza Scoyta ogarn�o znowu przygn�bienie. Mrucz�c co� na przeprosiny wsta� i odszed�.

   - On za ci�ko pracuje - powiedzia�a Vyann �ledz�c wzrokiem oddalaj�c� si� posta�. - Wszyscy ci�ko. pracujemy. Zanim p�jdziemy spa�, musimy was wprowadzi� w sytuacj� i zaznajomi� z naszymi planami, poniewa� nast�pnej jawy b�dziemy- mieli: du�o roboty.

   - Ach - rzek� ochoczo Marapper odsuwaj�c talerz - oto co chcia�em us�ysze�. Rozumiecie chyba, �e moje zainteresowanie ca�� spraw� jest czysto teologiczne, ale przede wszystkim chcia�bym wiedzie�, co ja z tego b�d� mia�? U�miechn�a si�.

   - Najpierw zniszczymy Obcych. Odpowiednio przes�uchany Fermour powinien zdradzi� tajemnic� ich kryj�wki. Udamy si� tam i wybijemy ich, a wtedy b�dziemy ju� mieli czas na wyja�nienie zagadek zwi�zanych ze statkiem.

   Powiedzia�a to jednym tchem, jakby chcia�a unikn�� zwi�zanych z tym pyta�, po czym szybko wyprowadzi�a ich z jadalni i powiod�a licznymi korytarzami. Marapper, zn�w w pe�ni formy, wykorzysta� okazj�, aby opowiedzie� Complainowi o nieudanej pr�bie znalezienia sterowni.

   - Tak wiele si� zmieni�o - powiedzia�a z �alem Vyann. Szli w�a�nie stalowym mostkiem, kt�rego podw�jne drzwi, w tej chwili otwarte, umo�liwia�y przej�cie z pok�adu na pok�ad.

   - Niekt�re z tych drzwi s� otwarte, a niekt�re zamkni�te - powiedzia�a wskazuj�c r�k�. - Wszystkie wzd�u� Korytarza G��wnego s� na przyk�ad zamkni�te, i dobrze, bo w przeciwnym razie ka�dy w��cz�ga na statku pcha�by si� od razu na Dzi�b. Ale my nie mo�emy dowolnie otwiera� i zamyka� drzwi, tak jak z pewno�ci� mogli to robi� Giganci, gdy statek do nich nale�a�. S� one zamkni�te ju� od wielu pokole�, ale gdzie� musi by� d�wignia, kt�ra nimi steruje. Tacy jeste�my bezradni, nad niczym nie panujemy.

   Jej twarz by�a napi�ta, linia szcz�ki wyra�nie wojownicza. Z b�yskiem intuicji, kt�ry go samego zadziwi�, Complain pomy�la�: „Ona zaczyna zdradza� objawy choroby zawodowej, podobnie jak Scoyt, gdy� uto�samia go ze swoj� prac�". Po chwili zw�tpi� jednak w swe przeczucia, a gdy wyobrazi� sobie wielki statek p�dz�cy z nimi wszystkimi na pok�adzie w podr� bez ko�ca, musia� przyzna�, �e nie brakowa�o fakt�w budz�cych niepok�j. Pragn�c sprawdzi� jej reakcj� zapyta�:

   - Czy ty i mistrz jeste�cie jedynymi, kt�rzy si� tym problemem zajmuj�?

   - Na mi�o�� bosk�, oczywi�cie �e nie! - powiedzia�a. - Jeste�my tylko podw�adnymi. Ostatnio powo�ano kolektyw, kt�ry nazwa� si� Zespo�em Przetrwania, i wszyscy oficerowie z Dziobu opr�cz oficer�w stra�y, s� z tym przedsi�wzi�ciem zwi�zani. Dodatkowo kieruj� zespo�em dwaj cz�onkowie Rady Pi�ciu, jednego ju� pozna�e�, kap�anie, to radca Zac Deight, taki wysoki, d�ugow�osy. Do drugiego was prowadz� - to radca Tregonnin. Jest bibliotekarzem i wyja�ni wam tajemnice �wiata.

   W ten spos�b Roy Complain i kap�an odbyli sw� pierwsz� lekcj� astronomii. M�wi�c do nich Tregonnin biega� po pokoju od jednego sprz�tu do drugiego. By� �miesznie ma�y i nerwowy. Wprawdzie sam by� schludny w spos�b prawie kobiecy, ale jego kr�lestwo zawalone by�o porozrzucanymi nieporz�dnie ksi��kami i rozmaitymi starociami. W pokoju tym ba�agan podniesiono do rangi sztuki. Na wst�pie Tregonnin wyja�ni�, �e do niedawna w Dziobie, podobnie jak w Kabinach, wszystkie ksi��ki i druki niszczono, b�d� ze wzgl�du na przes�dy, b�d� dla umocnienia w�adzy rz�dz�cych przez utrzymywanie podw�adnych w niewiedzy.

   - Niew�tpliwie w ten w�a�nie spos�b zosta�o na samym pocz�tku zagubione samo poj�cie statku - powiedzia� pusz�c si� Tregonnin. - Dlatego te� prawdopodobnie to, co tu widzicie, to jest wszystko, co w nie naruszonym stanie zachowa�o si� na Dziobie. Reszta zagin�a, a to, co pozosta�o, ods�ania nam tylko nik�y fragment prawdy.

   Gdy radca rozpocz�� sw� opowie��, Complain zapomnia� ca�kowicie o zabawnej gestykulacji, jaka jej towarzyszy�a. Zapomnia� o wszystkim, zas�uchany w cudown� histori�, kt�ra w tym ma�ym pokoju powstawa�a jak mozaika z drobnych fragment�w.

   W przestrzeni kosmicznej, w kt�rej porusza si� ich �wiat, s� jeszcze inne �wiaty, i to dw�ch rodzaj�w: jeden zwany s�o�cem, z kt�rego pochodzi ciep�o i �wiat�o, drugi zwany planet�. Planety uzale�nione s� od ciep�a i �wiat�a s�o�c. Na jednej planecie, zwi�zanej ze s�o�cem zwanym Sol, �yli ludzie. Planeta nosi�a nazw� Ziemi, a ludzie �yli na ca�ej jej powierzchni, poniewa� wn�trze by�o lite i pozbawione �wiat�a.

   - Ludzie nie odpadali od powierzchni, nawet gdy �yli na samym spodzie - wyja�ni� Tregonnin - dzi�ki sile zwanej ci��eniem. Ci��enie w�a�nie pozwala nam porusza� si� po krzywi�nie pok�ad�w bez obawy odpadni�cia.

   Ludzie odkryli wiele innych tajemnic. Wykryli spos�b na opuszczenie swojej planety i badanie innych planet zwi�zanych z ich s�o�cem. Spos�b ten musia� by� trudny do ujawnienia, bo zabra�o im to wiele czasu. Inne planety znacznie r�ni�y si� od macierzystej, mia�y albo za ma�o ciep�a, albo za du�o i z tej przyczyny ludzie nie mogli na nich �y�. Bardzo to martwi�o mieszka�c�w Ziemi.

   Zdecydowali wreszcie, �e musz� zbada� planety innych s�o�c, aby ustali� panuj�ce na nich warunki, poniewa� na Ziemi zacz�o robi� si� ciasno. W tym miejscu zapisy, jakimi dysponowa� Tregonnin, stawa�y si� niejasne. Jedni twierdzili, �e kosmos jest ca�kowicie pusty, inni za�, �e znajduj� si� w nim tysi�ce s�o�c zwanych gwiazdami.

   Z jakich� dzi� nie znanych przyczyn trudno by�o ludziom podj�� decyzj�, w kierunku kt�rego s�o�ca maj� si� uda�, wreszcie jednak za pomoc� odpowiednich aparat�w, w konstruowaniu kt�rych byli niezwykle zr�czni, wybrali jedno jasno �wiec�ce s�o�ce zwane Procyonem, z kt�rym zwi�zane by�y planety i kt�re oddalone by�o od Ziemi tylko na odleg�o�� okre�lon� jako jedena�cie lat �wietlnych. Pokonanie tej odleg�o�ci by�o powa�nym przedsi�wzi�ciem, nawet dla tak pomys�owych ludzi, w kosmosie bowiem brak ciep�a i powietrza, a sama podr� mia�a trwa� bardzo d�ugo - tak d�ugo, �e wiele pokole� ludzi mia�o wymrze�, zanim podr� dobiegnie ko�ca.

   W zwi�zku z tym ludzie zbudowali ten statek, na kt�rym wszyscy si� teraz znajdujemy, zbudowali osiemdziesi�t cztery pok�ady z nie zniszczalnego materia�u, za�adowali wszystkim, co mog�o by� im potrzebnie, wype�nili swoj� wiedz� i dali mu nap�d, kt�ry stanowi�y ci�kie cz�steczki zwane jonami.

   Tregonnan przerwa� i szybko poszed� w k�t pokoju.

   - Zobaczcie! - zawo�a�. - Tak wygl�da model planety, kt�r� dawno temu opu�cili nasi przodkowie, model Ziemi!

   Uni�s� nad g�ow� globus. Porysowany przez nieostro�ne r�ce, wyblak�y, ukazywa� jednak nadal kontury m�rz i kontynent�w.

   Nie wiedzie� czemu wzruszony Complain spojrza� na Marappera. Po twarzy starego kap�ana p�yn�y �zy.

   - Jaka... jaka to pi�kna opowie�� - �ka�. Jest pan m�drym cz�owiekiem, radco, i wierz� we wszystko, w ka�de pa�skie s�owo. Jak�e pot�ni byli ci ludzie, jak niezmiernie pot�ni. Jestem tylko biednym, starym, prowincjonalnym duchownym. B�g mi �wiadkiem, nie wiem nic, ale...

   - Cz�owieku, przesta� dramatyzowa�! niespodziewanie ostro powiedzia� Tregonnin. Nie trz� si� nad sob�, tylko uwa�aj na to, co m�wi�. Licz� si� fakty, tylko fakty, a nie uczucia.

   - Pan ju� jest do tego przyzwyczajony, a ja nie - �ka� nadal bezwstydnie Marapper. Gdy si� pomy�li o tej pot�dze...

   Tregonnin postawi� ostro�nie globus i opryskliwie zwr�ci� si� do Vyann:

   - Inspektorze, je�eli ten �a�osny typ nie przestanie biadoli�, musi go pani natychmiast st�d zabra�! Nie znosz� biadolenia! Pani wie, �e nie znosz�.

   - Kiedy dotrzemy do tych planet Procyona? - spyta� szybko Comp�ain. Nie m�g� znie�� my�li, �e b�dzie musia� wyj��, zanim si� wszystkiego dowie.

   - Rozs�dne pytanie, m�ody cz�owieku rzek� Tregonnin, patrz�c w�a�ciwie po raz pierwszy na Complaina. - Postaram si� da� na nie rozs�dn� odpowied�. Wydaje si�, �e lont w kierunku Procyona mia� dwa zasadnicze cele. Zbudowano tak wielki statek nie tylko dlatego, �e w ma�ym pomieszczeniu tak d�uga podr� by�aby nie do zniesienia, ale g��wnie dlatego, �e wi�z� on du�� liczb� ludzi zwanych kolonistami. Koloni�ci ni�eli wyl�dowa� na nowej planecie, �y� na niej i si� rozmna�a�. Dla nich transportowano te� du�� liczb� maszyn - znale�li�my wykazy - traktory, betoniarki, kafary - tyle pami�tam. Drugim zadaniem by�o zbieranie informacji o nowej planecie, a tak�e r�nego rodzaju pr�bek, aby je podda� na Ziemi dalszym badaniom.

   We w�a�ciwy sobie nerwowy spos�b Tregonnin podszed� do szafy i zacz�� w niej grzeba�. Po chwili wyci�gn�� metalow� p�k� z tuzinem okr�g�ych puszek, tak ma�ych, �e mie�ci�y si� w d�oni. Otworzy� jedn� i z jej wn�trza wypad�y kruche przezroczyste p�atki przypominaj�ce skrawki paznokci.

   - Mikrofilmy - powiedzia� Tregonnin zgarniaj�c skrawki nog� pod st�. - Dostarczono mi to z odleg�ego zak�tka Dziobu. Wilgo� zniszczy�a je, ale nawet gdyby by�y ca�e, nie na wiele by si� nam zda�y, bo do ich odczytywania potrzebna jest specjalna aparatura.

   - W takim razie nie rozumiem... - zacz�� zdumiony Complain, ale radca uni�s� r�k�.

   - Przeczytam ci tre�� etykiet znajduj�cych si� na puszkach, wtedy zrozumiesz. Przetrwa�y tylko etykiety - rzek�. - Tu na przyk�ad jest napisane tak: „FILIM - obraz Nowej Ziemi, z powietrza, ze stratosfery, z orbity. �rodek lata, p�kula p�n", a tutaj: „FILM - flora i fauna, Kontynent A, Nowa Ziemia". I tak dalej.

   Po�o�y� puszki i po kr�tkim milczeniu doda�: - Oto jest, m�ody cz�owieku, odpowied� na twoje pytanie: na podstawie tych puszek mo�na stwierdzi�, �e statek dotar� szcz�liwie do planet Procyona. Obecnie lecimy z powrotem w kierunku Ziemi.

   W zagraconym pokoju zapanowa�o milczenie. Ka�dy z obecnych snu� w�asne wizje. Pierwsza uwolni�a si� spod wra�enia Vyann, kt�ra wsta�a i powiedzia�a, �e trzeba ju� i��.

   - Zaczekaj - rzek� Complain. - Powiedzia� nam pan tak wiele, a jednocze�nie tak ma�o. Je�eli naprawd� lecimy w kierunku Ziemi, to kiedy do niej dotrzemy? Jak mo�emy si� tego dowiedzie�?

   - M�j drogi ch�opcze - zacz�� Tregonnin, po czym westchn��, jakby chcia� zmieni� tre�� swojej odpowiedzi. - M�j drogi ch�opcze, czy nie widzisz, jak wiele zosta�o zniszczone... Odpowiedzi nie zawsze s� jasne. Zagin�y nawet niekt�re pytania, je�eli wiesz, o co mi chodzi. Pozw�l, �e odpowiem tak: znamy odleg�o�� od Nowej Ziemi - tak j� nazywali koloni�ci do Ziemi, wynosi ona, jak ju� m�wi�em, jedena�cie lat �wietlnych. Nie byli�my jednak w stanie ustali�, z jak� pr�dko�ci� porusza si� statek.

   - Ale jedn� rzecz w ko�cu wiemy - wtr�ci�a si� Vyann. - Powiedz Royowi o Rejestrze Dziobu, radco.

   - Tak, w�a�nie mia�em o tym m�wi� - rzek� cierpko Tregonnin. - Zanim my, to jest Rada Pi�ciu, obj�li�my w�adz� nad Dziobem, rz�dzili nim ludzie zwani gubernatorami. Dzi�ki nim Dziobowcy z mizernego szczepu zmienili si� w pot�ny nar�d. Gubernatorzy ci mieli zwyczaj przekazywa� jeden drugiemu Rejestr czy Testament i ten w�a�nie Rejestr czy Testament otrzyma�em od ostatniego gubernatora tu� przed jego �mierci�. Jest to tylko wykaz imion kolejnych gubernator�w, ale pod nazwiskiem pierwszego gubernatora napisano: - zamkn�� oczy i jakby dyryguj�c swoj� delikatn� r�k� wyrecytowa�: - „Jestem czwartym kapitanem statku w jego drodze do ojczyzny, poniewa� jednak tytu� ten brzmi w tej chwili �miesznie, wol� nazywa� si� gubernatorem, o ile i to nie jest zbyt przesadne".

   Radca otworzy� oczy.

   - Widzisz teraz - powiedzia� - �e chocia� nazwiska trzech pierwszych zagin�y, wiemy na podstawie Rejestru, ile pokole� �y�o na statku od chwili jego startu w kierunku Ziemi: dwadzie�cia trzy.

   - To bardzo d�ugi okres - rzek� Marapper, kt�ry nie odzywa� si� od d�u�szego czasu. Kiedy osi�gniemy Ziemi�?

   - To pytanie postawi� ju� tw�j przyjaciel powiedzia� Tregonnin. - Mog� tylko powiedzie�, �e wiem, jak d�ugo trwa nasza podr�, ale nikt nie ma poj�cia, jak d�ugo b�dzie jeszcze trwa�a i kiedy si� sko�czy. Zanim nasta� pierwszy gubernator, wydarzy�a si� jaka� katastrofa lub co� w tym rodzaju i od tej chwili statek p�dzi non stop w przestrzeni kosmicznej, bez kapitana, bez kontroli i mo�na w�a�ciwie powiedzie� - bez �adnej nadziei.

   Przez ca�y sen Complain pomimo zm�czenia nie by� w stanie odpocz��. W g�owie k��bi�y mu si� budz�ce groz� obrazy, gubi� si� w najr�niejszych domys�ach. Wielokrotnie analizowa� ka�dy szczeg� opowiadania radcy, staraj�c si� jako� to przetrawi�.

   Wszystko by�o bardzo przygn�biaj�ce, ale w�r�d nawa�u fakt�w jeden drobny i prawie bez znaczenia szczeg� ich wizyty w bibliotece nie dawa� mu spokoju i powraca� z uporem jak b�l z�ba. W swoim czasie wydawa� si� zupe�nie blady i Complain, jedyny, kt�ry to zauwa�y�, nie m�wi� o tym ani s�owa. Teraz znaczenie tego faktu narasta�o, a� przyt�oczy�o nawet my�l o gwiazdach.

   Kiedy Tregonnin wyg�asza� sw�j wyk�ad, Complain spojrza� na sufit. Ze znajduj�cej si� tam kratki, czujnie, jakby s�ysza� i rozumia�, wygl�da� ma�y szczur.

nast�pny